I o to chodzi - Rafał Bauer Blog

Bothy story

    |  

iotcstories

Było mokro i zimno. Deszcz, po trzech dniach, właśnie przestał padać, ale wiatr nie ustępował...

Bothy story

iotcstories

Było mokro i zimno. Deszcz, po trzech dniach, właśnie przestał padać, ale wiatr nie ustępował nawet na sekundę i królował pomiędzy szarymi budynkami na skraju Cape Wrath, wywiewając wszystko pod otaczający to smutne miejsce mur. Był środek dnia, ale chmury były tak nisko, że jedynie latarka mogła wskazać drogę. John Ure, który prowadzi tam Ozon Cafe, nie spodziewał się raczej gości. Nie w taką pogodę. Ktoś jednak pukał, a właściwie uderzał pięścią w drzwi, krzycząc coś w nieznanym mu języku. John wybiegł przed budynek i zobaczył dwóch młodych mężczyzn. Jeden z nich leżał przed drzwiami nieprzytomny. Drugi stracił przytomność chwilę później. 

Strathchailleach bothy położone jest pomiędzy majestatyczną Sandwood Bay a ponurym i depresyjnym  Cape Wrath. Dojście z plaży to około 3 km, ale aby dojść z bothy do latarni i Ozon Cafe to już 10. Tę włąsnie drogę pokonali jego niespodziewani goście. Nie byłoby w tym nic wielkiego, bo każdy, kto zagłębia się w tamte tereny jest w stanie z łatwością przejść taki dystans. Problem w tym, że teren z powodu opadów był podmokły, nie ma widocznej trasy, a panowie byli na... magicznych grzybkach. Okazało się, że zebrali grzyby psylocybinowe (czyli halucynogenne), zrobili z nich zupę i ją zjedli. Ich ocena stanu rzeczy jeszcze w bothy była prawdopodobnie na poziomie: "fuck yeah, we'll make it" i z każdym krokiem prawdopodobnie ich zapał spadał, a na drodze pojawiały się dawno niewidziane stwory i mitologiczne zwierzęta, z którymi próbowali walczyć. Ta dość niebezpieczna zabawa, skończyła się na szczęście dobrze. Helikopter, ściągnięty przez John'a, zabrał obu mężczyzn. Prawdopodobnie mają się dobrze. 

Strathchailleach Bothy


Skąd te grzybki? Strathchailleach Bothy boło kiedyś domem James'a McRory Smith'a, zwanego także Sandy. James był samotnikiem, który odciął się zupełnie od życia społecznego i od wszystkiego, co go otaczało w małych miasteczkach, w których po wojnie, przez lata, próbował dorobić na życie. W Strathchailleach mieszkał 30 lat, bez gazu, bieżącej wody i prądu. Malował obrazy, które do tej pory zdobią ściany Bothy, a grzybki zapewne pielęgnowane przez niego, ułatwiały mu tworzenie. Niewiele można było się o nim dowiedzieć od niego samego. Jest jednak parę rzeczy, których możemy być pewni: palił ogromne ilości, pił Carlsberga, a jego ulubiony zespół to Capstan Full Strength. Poznałem wiele osób, które znały James'a i wszyscy, jak jeden, mówią, że był największym dziwakiem, jakiego znali. Jednocześnie każdy tak samo wyraża się o nim z największym szacunkiem.

W jednym z nielicznych wywiadów powiedział: "I enjoy the simple life. I moved to this area when I decided to drop out of the rat race. Now my life is perfect and I would like to stay here forever. Walking keeps me healthy and I reckon I’ve trekked thousands of miles to collect my pension and my messages. The only trouble is that I keep wearing out my wellies." Po sztormie, który zniszczył Strathchailleach, musiał się wyprowadzić. W tym czasie spał w różnych miejscach, aż w końcu został aresztowany za zakłócanie spokoju i rozboje pod wpływem alkoholu. Po wyjściu z więzienia postanowił wrócić do Strathchailleach, ale mógł to zrobić na pewnych warunkach. Musiał udostępnić to miejsce również wędrowcom, którzy szukali schronienia. Nigdy się do tego nie dostosował i w 1994 roku zostal zmuszony do przeprowadzki do Kinlochbervie. Zmarł w 1999 w szpitalu w Inverness. Całą historię James'a możecie przeczytać tutaj

Według słownika, Bothy to prosty w budowie i wyposażeniu budynek, który służy jako schronienie przed deszczem, wiatrem, śniegiem i mrozem. To miejsce, które prawdopodobnie było kiedyś zamieszkałe, a po latach przekształcone na darmowy hostel dla szukających odpoczynku lub ratunku w górach. Słownik jednak nie mówi o tym, że znaczenie Bothies zmieniło się przez lata i teraz służy również jako obowiązkowy przystanek, w którym przy łyku ciepłej herbaty można wpatrywać się w ogień w kominku i rozmyślać o życiu zostawionym na chwilę daleko za nami. 

Czym jest Bothy?


Niektóre mają kominki w środku, podesty do spania, a w niektórych trzeba spać na ziemi bez delektowania się ciepłem z domowego paleniska. Niektóre są czyste i zadbane, a w niektórych myszy  wchodzą z ludźmi do śpiworów i dojadają resztki na stole. Trzeba być przygotowanym, że nie będzie bieżącej wody, toalety, światła, gazu. Tak, czy inaczej Bothies to nie tylko miejsce do spania i schronienie przed niebezpieczną szkocką pogodą. To także legendy i opowiadania. Część z nich jest rozsławiona na cały świat, podczas gdy druga część jest utrzymywana w absolutnej tajemnicy przez kilka osób, a ich nazwy wypowiadane są tylko w razie potrzeby i z dala od cywilizacji, w mroku dolin, pomiędzy wzgórzami. 

Gdy zakładam plecak i ruszam na szkocki szlak, to wyłączam telefon i chcę oddać się ciszy gór. Chcę wiedzieć, że na końcu czeka na mnie budynek, w którym znajdę schronienie, rozpalę ogień, wypiję ciepłą herbatę, a czasem kubeczek whisky... Albo dwa. Aby tego doświadczyć, trzeba przestrzegać kilku zasad, gdy już znajdziemy się na miejscu. Ogólnie rzecz biorąc trzeba szanować innych, którzy korzystają razem z tobą z Bothy lub będą z niego korzystać w przyszłości, zero zostawionych śmieci. Wszystko, co przynieśliśmy, musi być zabrane, a wypalone drewno uzupełnione. 

Standardu możemy być mniej więcej pewni. Można uznać, że zawsze jakoś to będzie. Jest jednak jedna rzecz, która może nas zaskoczyć. Nigdy nie wiesz na kogo trafisz. Ja spotykałem ich całe mnóstwo: dobrych, złych, czasem przerażających. Niektórzy z nich to dwutygodniowi uciekinierzy od świata zewnętrznego, niektórzy dźwigają cały ten świat ze sobą i dzielą się nim ze wszystkimi w Bothy, a niektórzy nawet nie wiedzą dlaczego znaleźli się w takim miejscu. To przedziwne miejsce, z przedziwnymi gośćmi.

Bothies są zarządzane Mountain Bothies Association, które złożone jest tylko i wyłącznie z wolontariuszy. To właśnie oni dbają o kondycję budynków i podstawową infrastrukturę. 

Wiem, że po kolejnej opowieści przestaniecie myśleć o Szkocji jak o celu swojej następnej podróży, ale może to dobrze :) W sumie to wolałbym ją zostawić tylko dla siebie. Wiem jednak też, że niektórych z was nie powstrzyma żadna historia i pojedziecie śladami kryminalnych zagadek opuszczonych budynków. Na przykład takich jak Kearvaig Bothy. Rozpisywały się o tym największe angielskie gazety, ludzie powtarzali zmienione "odrobinę" historie, a rodzice dziewczyny w tym czasie próbowali rozwikłać zagadkę. Dziewczyny, która zamknęła się w Bothy, w najbardziej odosobnionym rejonie Szkocji i niedługo potem zmarła z głodu i prawdopodobnie z powodu choroby, na którą zapadła. Dlaczego, po co? 

Kearvaig Bothy


Kearvaig Bothy to jedno z najpiękniej położonych Bothies w kraju. Nie byłem tam niestety, bo zwykle jest bardzo oblegane. Znajduje się na trasie z Cape Wrath do przystani, skąd John zabiera wędrowców w okolice cywilizacji. Nigdy więc nie przyszło mi do głowy aby, po pokonaniu CWT, zatrzymać się jeszcze w kolejnej chacie. O historii opowiedział mi John Ure z Ozon Cafe. Dziewczyna nazywała się Margaret Davies. Była pisarką i malarką. Rodziców poinformowała, że nie wróci do domu przez jakiś czas i prawdopodobnie, tak jak ja (tylko 11 lat wcześniej), przeszła Cape Wrath Trail. Przynajmniej w jakiejś części. Znaleziono jej namiot na plaży przy bothy, który był rozstawiony od 3 tygodni. W oknie chaty i przy łóżku, w którym leżała, były kartki z wiadomościami, w których błaga o jedzenie i picie: "Running low on food and dry milk. Willing to pay anyone who can bring food". Co najdziwniejsze, 5 kilometrów od miejsca, gdzie była, mieszka John Ure, a samo bothy jest otoczone dwoma źródłami wody. Po jej śmierci okazało się, że dziewczyna miała duże doświadczenie, jako hiker. Przeszła samotnie przez Afganistan i Nepal. Nie mogło więc byc mowy o braku doświadczenia. 

Hamish Campbell i Alistair Sutherland ściągali do zagrody zagubione owce, aby nie przepadły zimą na dobre. Na plaży przy bothie zdecydowali, że zjedzą lunch. Drzwi od chaty były otwarte, co spowodowało, że zajrzeli do środka (drzwi zawsze powinny być zamknięte, gdy opuszcza się chatę). Margaret leżała na prowizorycznym posłaniu i wyciągała w ich kierunku rękę. Alistair pobiegł do Johna Ure po pomoc, a Hamish rozpalił ogień, aby ogrzać wycieńczoną kobietę. Niedługo potem została zabrana helikopterem do szpitala w Stornoway i tam własnie dwa dni później zmarła z wyziębienia. Nikt przed Hamishem i Alistairem jej nie znalazł, bo łódź łącząca Cape Wrath z cywilizacją przestaje kursować we wrześniu, a Margaret została znaleziona w grudniu. John Ure uważa, że dziewczyna złapała wirusa, który szalał w tamtym rejonie od tygodni i kompletnie ją rozłożył. Nie miała sił, aby szukać pomocy i z każdym dniem było gorzej. John ciagle powtarza, że są miejsca w Europie, gdzie takie przypadki moga się zdarzyć. Zwykłe przeziębienie, przy pomocy pogody i położenia, może doprowadzić do tragedii. To był rok 2002.

Brzmi strasznie? Oczywiście, że tak. Nie opowiadam tej historii po to, aby was przerazić, tylko wyczulić na to, że Szkocja bywa bezlitosna i trzeba to wziąć pod uwagę, gdy planujecie podróż. A bothies? To skarbinice historii. Założę się, że Kearvaig Bothy, które położone jest na dziewiczej plaży, tuż obok klifów Clo Mor, gdzie całoroczny wrzos łączy kolory zwęglonego brązu przez blade złoto i rdzawoczerwony aż po zieleń, pamieta ludzi przychodzących, aby to podziwiać odpoczywając, albo przynajmniej dobrze się bawić. 

Poprzednie dwie historie nie zachęcają raczej do tego, aby odwiedzić jakiekolwiek bothy, a już na pewno nie spać tam w pojedynkę. Bothies, szczególnie gdy noce bywają bardzo wietrzne i deszczowe, są najbardziej przerażającymi miejscami na szkockich szlakach. Na szczęście są takie, które sprawiaja wrażenie małego hostelu, a nie prostego schronienia na noc. Na przykład The Schoolhouse Bothy w rejonie Duag Bridge, Sutherland. Z daleka wygląda jak blaszany garaż i nic nie wskazuje na to, że w środku znajdziemy jedno z najbardziej zadbanych bothies. Trzy oddzielne pomieszczenia do spania z odrestaurowaną szkolną salą. I historią. 

The Schoolhouse Bothy


Jak sama nazwa wskazuje, było to miejsce, gdzie dzieci leśników i pasterzy z okolicznych dolin między Ullapool i Oykel Bridge zjawiały się po edukację i taka była im zapewniona do około 1930 roku. Dzieci przynosiły zimą torf na paliwo do ogrzewania pomieszczeń szkoły. Wtedy właśnie szkołę zamknięto. Kilkanaście lat temu odnowiono budynek i oddano do dyspozycji eksploratorom szkockich szlaków. 

Dzieci często musiały iść kilka mil, aby dojść do szkoły. Przechodziły podmokłe tereny, przekraczały rzeki ryzykując przy tym swoje zdrowie, a czasem życie. Był jednak chłopiec, który postanowił wprowadzić do tych niebezpiecznych wypraw trochę uśmiechu i innowacji. Każdego dnia przybywał do szkoły na grzbiecie świni, a gdy przychodził czas powrotu, świnia czekała przed szkołą, gotowa na podróż powrotną. Historia została zasłyszana od kobiety, która mieszkała 4 mile od szkoły i również sie tam uczyła. Jej dom ciagle tam stoi, a wnuk postanowił zapisać tę opowieść na tablicy w bothy. 

Tarf Hotel to doskonały tytuł na kolejną krwawą produkcję Quentina Tarantino. Wygląda jak przedwojenny kamienny domek letniskowy z dobudowanym w czasach PRL drewnianym garażem. Znajduje się w samym środu Cairngorms. Nigdy nie dane mi było nocować w tym Bothy, bo zawsze coś stawało mi na drodze. Ostatnim razem, gdy wybrałem sie z bratem na podwójny trawers, Tarf Hotel był jednym z zaplanowanych przystanków. Pogoda jednak zatrzymała nas na Lairig Ghru i nie pozwoliła na przejście na południe z Glenmore. Byłem trochę zły na sytuację i aby podkręcić jeszcze bardziej moje rozczarowanie, sprawdzałem co chwilę na mapie inne drogi dotarcia. Nie było szans, aby tam dotrzeć. Przypomniała mi się jednak wtedy jedna historia, którą usłuszałem w innym Bothy.

Tarf Hotel (Feith Uaine Bothy)


To był mój drugi nocleg w Bothy. Drugi na pierwszej tego typu wyprawie. Właśnie zakończyłem trzeci dzień marszu z Fort WIlliam do Cape Wrath. Był rok 2013. Przestraszony i już po trzecim dniu wykończony fizycznie dotarłem do sławnego Sourlies Bothy. Noc wcześniej nocowałem w A'Chuil Bothy, więc teraz już czułem się ekspertem w temacie. Wszedłem z impetem, próbując zatuszować zmęczenie i przerażenie. Zrzuciłem ciężki i kompletnie niedopasowany plecak, który pod ciężarem zwisał mi do połowy ud. Przywitałem się z innymi, którzy już się rozkładali z materacami w co lepszych miejscach. Bothy jest strasznie małe. Składa się tylko z jednego pomieszczenia i mieści się w nim do 5-6 osób. Nadmuchałem materac, przygotowałem śpiwór, poduszkę z ubrań i wziąłem się za gotowanie. Zacząłem rozmawiać z trzema dużo starszymi ode mnie facetami. Szli ok. 100 km na festiwal muzyczny w Inverie. Zaraz po kolacji wyciągnęli butelkę whisky i rozlali wszystkim dookoła, którzy jeszcze nie spali, czyli w sumie sobie i mi. Atmosfera się rozluźniła, a my jak starzy znajomi, zaczęliśmy prześcigać się w opowieściach. Ja im opowiadałem o Polsce, a oni o Szkocji. Skoro mówili o Szkocji, to musieli zejść oczywiście na temat Bothies. I zeszli. A ja byłem po drugim kubku whisky.

Jeden z nich miał znajomego. Nazywał się Ben. Ben był zawsze pierwszym do ucieczki w góry, do ukrywania się w Bothies, eksplorowania Munros, dobrego towarzystwa, whisky i opowieści do rana. I tak zwykle spędzał wolny czas. Pewnego razu wybrał się do Glencoe i zamierzał spędzić noc w Tarf Hotel. Traf chciał, że po długim samotnym marszu, miał spędzić samotną noc w Bothy. Tym razem był skazany jedynie na swoje przemyślenia bez możliwości podzielenia się nimi z nikim innym. O 5 rano obudziło go kichnięcie w drugim pomieszczeniu. Pomyślał, że może ktoś dołączył do Bothy w nocy, ale bał się wyjść ze śpiwora i sprawdzić. Przez 10 minut leżał nieruchomo i nasłuchiwał, ale nie usłyszał już żadnego hałasu. Udało mu się zasnąć. Po jakimś czasie obudziło go otwieranie wejściowych drzwi, które chwilę potem uderzały z hukiem o framugę. Kolejny hałas przyszedł tym razem z góry. W podłogę na pierwszym piętrze uderzyły z wielką siłą dwa kamienie. Przynajmniej tak mu się wydawało, że były to kamienie. Zasnął ponownie, chyba ze strachu, i był najszczęśliwszy, że zobaczył dzienne światło za oknem, gdy znów otworzył oczy. 

Jest wiele opowieści o Tarf Hotel. Ta jednak wydała mi się najbardziej przerażająca. Tuż za opowieścią o psach, które nie chcą wejść do środka, a jeśli już wejdą, szaleją do tego stopnia, że właściciele nie są w stanie ich opanować. Szczekają w kierunku jednej ściany i kładą uszy po sobie, starając jednocześnie wycofać i wydostać na zewnątrz. Dopiero poza budynkiem się uspakajają.  

 

Było jedno Bothy, do którego bardzo chciałem dojść. Gleann Dubh-Lighe Bothy. Jest położone blisko Glenfinnan, ale nie jest tak popularne, jak inne w tym rejonie. Nie znałem żadnej historii o tym miejscu, ale miałem nadzieję na przepiękny spokój, jaki można znaleźć w szkockich górach. Niestety pomyliłem trasy i kolejny raz szedłem utartą już ścieżką. W momencie, gdy nocowałem w Maol-Bhuidhe Bothy (pięknie położonym przy Killilan, jedno z najbardziej odludnych Bothies), usłyszałem najzwyklejszą, ludzką historię o miejscu, którego nie udało mi się odwiedzić. Teraz nie ma opcji, żebym tam nie pojechał. 

Gleann Dubh-Lighe Bothy


Historia, która została mi opowiedziana, ukazała się po latach w książce "Bothy Tales" Johna Burnsa. Nie pamiętam, jak dokłądnie wyglądał człowiek, który mi to opowiedział, ale wiek by się zgadzał. Może to był John. Kto wie. Fajnie jest wierzyć, że to właśnie był on :) Nie pamiętam, jak wyglądał, bo tego dnia, zanim doszedłem do Maol-Bhuidhe Bothy, uległem wypadkowi, który mógł sie skończyć tragicznie. Krótko mówiąc uszkodziłem sobie kręgosłup, przeskakując przez strumień, na śniegu, z cięzkim plecakiem. Cudem udało mi ruszyć dalej i odczuwałem okropny ból w plecach. Marzyłem tylko o tym, aby wziąć Ketonal. W Bothy siedział starszy mężczyzna, wpatrzony w ogień, a w ręku trzymał kubek ciepłej herbaty. Odwrócił się i przywitał typowym "hya". Scenariusz w Bothy jest zwykle ten sam. Dopóki ktoś nie wyciągnie whisky z plecaka, nie ma opowieści. Tym razem nie nie zdążyłem wypakować jedzenia z plecaka i już wiedziałem skąd przyszedł, dokąd idzie i że góry to jego miłość, ale boi się, że ze względu na wiek to już są ostatnie jego podrygi. 

Opowiedział mi w końcu o Gleann Dubh-Lighe, bo dowiedział się, że zgobiłem drogę do tego Bothy. Postanowił kiedyś po wielu latach odwiedzić to miejsce kolejny raz. Wybrał sie w samotną podróż, krótką, bo to jedynie kilka mil od Glenfinnan, ale w samym środku zimy. Chciał pobyć sam, porozmyślać, posiedzieć, przy ogniu i wybić łyka whisky. Z daleka już widział, że z komina unosi się dym, więc z jego planów niewiele zostanie. Zastanawiał się jedynie kogo tym razem zawiało w taką pogodę do Bothy. Przy kominku siedziała młoda kobieta i starszy od niej mężczyzna. Przywitali się i rozpoczęli znowu walkę z czasem. Kto pierwszy zagada, lub wyciągnie whisky? Mój rozmówca zaczął rozmowę od wspomnienia pożaru Gleann Dubh-Lighe sprzed kilku lat i wspomniał, że teraz Bothy wygląda zdecydowanie lepiej. Dodał jednak o jedno zdanie za dużo. Zapytał kto byłby na tyle głupi, aby podpalić Bothy. Wtedy właśnie nastała niezręczna cisza. Jego "współlokatorzy" spojrzeli porozumiewawczo na siebie i nie odezwali się przez kolejnych kilka minut. W końcu kobieta, mimo namowom swojego przyjaciela, aby tego nie robiła, zaczęła opowieść. Okazało się, że przed laty była zakochana tak, jak się zakochuje tylko raz w życiu. I to z wzajemnością. Tak przynajmniej myślała. Jej wybranek lubił co jakiś czas zapuszczać się w góry i samotnie spędzać weekendy na kompletnym pustkowiu. Kiedyś postanowiła go zaskoczyć, bo wiedziała, że tej nocy zatrzyma się w Gleann Dubh-Lighe Bothy. Wzięła wino i ruszyła jego śladami. Gdy doszła na miejsce, zobaczyła go z inną kobietą, w sytuacji, która raczej nie wskazywała na wspólne czytanie księgi gości Bothy. Gdy weszła do środka, tamta dwójka postanowiła uciec, a kobieta... spalić Bothy. Użyła parafiny i kilku zapałek. Ogień można było oglądać z bardzo daleka. 

Historia mogłaby się na tym skończyć, ale w Szkocji ludzie wracają na miejsce przestępstwa. Żeby odkupić swoje winy. Kobieta postanowiła odbudować Bothy i oddać je znowu w ręce tych, którzy kochają góry i chcą w nocy posiedzieć przy kominku z kubkiem herbaty w ręce. Tak też zrobiła. Dzisiaj Gleann Dubh-Lighe jest ponownie dostępne. I wygląda lepiej niż większość innych Bothies.

Wszystkie te opowieści to tylko część tego, co można usłyszeć w trakcie nocnych rozmów przy ogniu. Whisky rozwiązuje język i uwalnia myśli. Każdy, bez wyjątku, zdaje się oddawać tej zasadzie. Gdy się nocuje w takim miejscu, nie można się oprzeć myślom o tym, kto tu był przed nami, kto mieszkał w tych pomieszczeniach przed dwoma czasem wiekami. Bothy to nie tylko budynek z kamieni. To wyjątkowy element kulturowy, który ma swoje zasłużone miejsce na mapie Szkocji. Bothies zapuszczają korzenie w myślach każdego, kto decyduje sie je odwiedzić i powracają nieustanie we wspomnieniach przez bardzo długi czas. Kiedyś to były domy pasterskie, w których rodziły sie dzieci, rodziny przeżywały w nich swoje dobre i złe chwile, a ludzie starzeli się i umierali. Łączyło ich jedno: życie w tych miejscach było niezwykle ciężkie. Musieli sobie radzić z wiatrem, mrozem, dzieci codziennie pokonywały kilka mil do szkoły i wracały później do zimnych i ciemnych domów. W końcu wszystkie te miejsca zostały porzucone, a przez lata woda małymi kroplami wkradała się do środka przez szczeliny w dachu. Krokwie ulegały rozkładowi, aż w końcu dachy się waliły, drewno gniło aż pozostawały tylko zimne kammienne mury. Na szczęście wiele z nich zostało odbudowanych i oddanych w ręce tych, którzy w górach tego właśnie najbardziej potrzebują.

Część z powyższych opowieści to prawdziwe historie, a część to jedynie zasłyszane i pewnie zmienione opowiadania dla wywołania przerażenia wśród słuchaczy. Gdybym chciał opisać je wszystkie, to musiałaby powstać kolejna książka o Bothies, a na to na razie nie mam siły :) Najważniejsze jest to, że Bothies to historia i kultura, i że należy się tym budynkom szacunek. Wybierzcie się do jednego, a sami się przekonacie, że kogokolwiek tam spotkamy, cokolwiek tam przeżyjemy, będziemy pamiętać do końca życia.