I o to chodzi - Rafał Bauer Blog

Brat

    |  

iotcstories

Dzwonimy do siebie często, rzadziej się widzimy. Dzieli nas na co dzień 570 km, więc trudno był...

Dzwonimy do siebie często, rzadziej się widzimy. Dzieli nas na co dzień 570 km, więc trudno byłoby wpaść do siebie na wino wieczorem. Ja opowiadam mu o swoich podbojach na północy, a on, może by chciał tak samo, ale nie wie do końca jak i czy właściwie północ jest dla niego. Pracujemy, oddajemy się swoim obowiązkom, mamy rodziny i często zapominamy o pomysłach, które się w naszych głowach rodzą po krótkiej rozmowie telefonicznej, gdy obaj wracamy z pracy do domu. Wysyłamy sporadyczne maile, znowu dzwonimy, od świeta się spotkamy na chwilę przejazdem, znowu dzwonimy, znowu mail. I tak się to wszystko toczy. Na szczęście jest wino i kiedy jedno z naszych spotkań przeciągnęło się o godzinę i dwa kieliszki za długo, do głów wpadł nam pewien pomysł. Jedziemy razem. Dwaj bracia. Jeden rozlatany i z głową w chmurach, a drugi konkretny i realista. Po winie taki pomysł był mega fajny.  

Po kilku dniach wypadało zadzwonić do siebie i potwierdzić, czy obaj tak samo pamiętamy nasze postanowienie. Raz tylko zdarzyło mi się wyjechać z ekipą i postanowiłem, że będę unikać takich konfrontacji, bo po prostu źle je znoszę. Zastanawiałem się więc jak zniosę tylko jednego towarzysza na szlaku, na którego będę skazany przez tak długi czas. Jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie, ale wiedzieliśmy na ile. Mieliśmy 11 dni, w trakcie których chcieliśmy przemaszerować jak najwięcej. Pomysł na Szkocję i Cairngorms przyszedł później.

Część 1.

Głupszego pomysłu nie było?


Zadzwoniłem i pytam: "czy my jedziemy razem na wyprawę?". Po niepewnym potwierdzeniu przez Roberta, zadałem kolejne pytanie: "głupszego pomysłu nie było?". Obaj mieliśmy przeczucie, że to będzie dla nas zabójstwo, że pokłócimy się zanim wsiądziemy do samolotu. Obaj też mieliśmy ogromną potrzebę zmierzenia się z tym i z każdym dniem ta potrzeba stawała się silniejsza, a poprzeczka zdawała się coraz łatwiejsza do przeskoczenia. I co najgorsze, obaj w to naprawdę wierzyliśmy. Schody się zaczęły, gdy moje ambicje zaczęły przerastać możliwości. Zacząłem kombinować, aby wykorzystać te 11 dni jak tylko można. Dogadaliśmy się jednak, że będzie to coś pomiędzy ambitnym planem wyprawowym, a relaksującym backpackingowym wypadem w góry. Stanęło na tym, że zrobimy podwójny trawers Cairngorms National Park na krótkim dystansie, ale względnie trudnym terenie i w kapryśnych górach tuż po zimie. To mi bardzo odpowiadało. Teraz tylko trzeba było zacząć działać. Ogarnąć jedzenie, spanie, sprzęt, bo ja miałem swój, a Robert niestety nie. Znajomi okazali się niezastąpieni i szybko skompletowaliśmy wszystko. Plan obejmował start i metę w Blair Atholl na południu Cairngorms. Mieliśmy przejść na północ i wrócić z powrotem inną trasą. W założeniu były dwa noclegi w "bothies", a reszta oczywiście pod namiotami (dwa na campingach, a reszta na dziko). 

Kupiliśmy jedzenie, oczywiście trzymając się ściśle moich założeń z poprzednich "wypraw" i rad specjalistów. Nigdy nie planowałem wyżywienia dla dwójki, no i oczywiście skończyło się na dziecinnych błędach. Skusiłem się na "podwójne" porcje z LYO, które okazały się pojedynczymi. Niestety zorientowaliśmy się dopiero na miejscu. "Big pack" w LYO nie oznacza podwójnej porcji. W sumie to nie wiem co oznacza. Wszystko inne zaplanowałem jak zwykle, ale też postanowiłem trochę poeksperymentować ze sprzętem. Ogólnie rzecz biorąc zadbaliśmy o to, aby było nam ciepło, abyśmy mieli dach nad głową i żeby było bezpiecznie. Reszta należała do mojej ukochanej Szkocji i tego, jak nas potraktuje. Bilety zostały kupione, trasa opracowana, obawy kompletnie nieopanowane, ale ignorowane. Klamka zapadła. Brzmi dobrze i znajomo? Dla mnie nie i to mnie najbardziej martwiło. 

Lorem ipsum dolor sit amet

Ogromne skupienie w oczach. Krótkie spojrzenie na niebo dla oceny sytuacji, choć i tak wiadomo, że sucho nie będzie. Próba ułożenia plecaka, dociskanie i luzowanie wszystkich zwisających pasów, wygładzanie zfałdowanego softshella, znowu beznamiętne spojrzenie na niebo, a potem na mnie, jakby chciał powiedzieć: "już idziemy, tylko muszę sobie wszytsko poprawić". Luz, mamy cały dzień. Robert nie wiedział na co się pisze, nie miał pojęcia czym poczęstuje go Szkocja. Nigdy nie podejmował pochopnych decyzji. 

Część 2.

Pierwsze kroki.


Zawsze miałem wrażenie, że wszystko było przemyślane, a zyski i straty z podjętych działań dokładnie obliczone. Tym razem podjął ryzyko. I choć z pewnością decyzja o wyjeździe na długi trek nie była najbardziej szaloną, na jaką się zdecydował w życiu, to ja sam bardzo chciałem, aby właśnie nią była. Cieszyła mnie ta myśl. Nigdy nie było u nas w rodzinie zwyczaju organizowania przygód w terenie, marszów, wypraw. Nie jeździliśmy pod namiot, nie zdobywaliśmy szczytów, nie planowaliśmy tras na mapach. Mimo to, staliśmy razem pod zamkiem w Blair Atholl, najsmutniejszym mieście, jakie kiedykolwiek widziałem i rozpoczynaliśmy wspólną wędrówkę, gdzie życie wygląda zupełnie inaczej niż na co dzień. Gdzie charaktery wywracają się na lewą stronę, a najmniejsze problemy dokuczają bardziej niż kiedykolwiek. W głowach kwestionowaliśmy sens tego wszystkiego. To znaczy ja kwestionowałem i w ramach moich dziwnych wyobrażeń, miałem nadzieję, że Robert myślał wtedy tak samo. Założę się, że tak było. Pierwszy dzien miał być łatwy, więc humory dopisywały przez większość pierwszego odcinka. Na szczęście, bo chyba to naładowało nam baterie na kolejne dni. Rozpoczęcie podróży w odwrotnym od zamierzonego kierunku, było dobrym posunięciem. W ciągu kilku godzin dotarliśmy do bothy Allt Scheicheachan. Była za wczesna godzina aby ryzykować kolejne śmiertelnie niebezpieczne decyzje kontynuowania marszu, więc postanowiliśmy zostac na noc w chacie i uczcić pierwszy dzień kubkiem whisky. No bo przecież nie winem. 

Wzrok był już spokojniejszy, pakowanie rzeczy do plecaka bardziej zorganizowane i przygotowanie do dalszego marszu pewniejsze. Widziałem, że Robert nabrał ochoty na tę dziwną przygodę, a ja w myślach wypowiadałem zaklęcia do Szkocji, aby mu tego nie odbierała. Bo wiedziałem, że z łatwością może to zrobić. Był gotowy przede mną. Powoli wracał mój brat, który kontroluje swoje działania, ale czułem, że w trakcie tej podróży to ja miałem jeszcze przewagę zorganizowania. Mimo że to nie był żaden wyścig. Ciekawe po prostu było obserwować nas obu w odmiennych rolach niż te w życiu. Nie wiem tylko kto miał więcej radochy z tej zamiany ról. 

Część 3. 

Kara za wczesne świętowanie.


Dwie godziny później Szkocja przywitała nas po swojemu. Jedyne o czym myśleliśmy to aby nie zgubić butów na płytkich bagnach, bo o to aby ich nie zamoczyć przestaliśmy się troszczyć po pół godzinie od wyjścia z bothy. To zadziwiające jak szybko wkrada sie desperacja i chęć zapewnienia sobie bezpiecznego schronienia. Byliśmy wysoko, a temperatura spadała z każdym metrem podejścia. Roberta pewność uleciała bardzo szybko, a myśli pewnie dalej krążyły wokół płonącego ognia w kominku w bothy. Tak samo z resztą jak moje. Pierwsze myśli o bezsensowności naszego przedsięwzięcia wkradły sie do głowy z niesamowitą łatwością i z taką samą były na głos wypowiadane w przestrzeń, uzupełniane pięknymi polskimi przecinkami. Na szczęście góry przyjmowały wszystko bez urazy. Co chwilę, beznamiętnie serwowały nam ogromne połacie śniegu, którego warstwa była na tyle cienka, że każdy krok wydawał nam się tym, który doprowadzi nas do ukrytej pod nim lodowatej rzeki. Zaczęliśmy dokładać kilometrów do naszego dziennego dystansu, bo postanowiliśmy omijać białe przestrzenie. 

Po kilku godzinach zaczęliśmy desperacko szukać miejsca pod namioty. Kolejne 15 kilometrów nie ułatwiło nam zadania i dopiero pod wieczór udało nam się rozbić przy skrzyżowaniu rzek Allt Coire i Allt na Cuilce. To był męczący dzień. Wiedziałem, że taki dzień nastąpi, ale Robert mógł nie wiedzieć. Bardzo mało rozmawialiśmy, i chyba jedyne o czym myśleliśmy wtedy to prowizoryczne łóżko w namiocie i sen. 

Są takie dni na wyprawie, które absolutnie niszczą wszystkie pozytywne myśli. Widziałem, jak Robert zastanawia się nad sensownością tego wszystkiego i dlaczego w takim wieku musi zgięty w pół wydostawać się z wysokiego na 70 cm namiotu, zamiast wyprostowany i pewny siebie wychodzić z czystego i ciepłego pokoju hotelowego. Wiedziałem, że to jest strasznie trudne dla niego i dlatego doceniałem każdy moment, który był w stanie przetrwać. I nie było to dla niego ciężkie ze względu na wysiłek, ale ze wględu na przyzwyczajenia i innych oczekiwań odnośnie spędzania wolnego czasu. "Zobaczysz, że jak wrócimy, to będziesz się dopytywać kiedy znowu jedziemy pod namiot" - powtarzałem mu to bez końca, aż w końcu zaczął się uśmiechac i godzić z sytuacją. Nie mieliśmy innego wyjścia niż tylko się z tym pogodzić. Chwilę potem stał daleko od namiotu i jadł liofy wpatrzony z zachwytem w góry. Do każdego spojrzenia, niezależnie od tego jakie by było, trzeba dorosnąć. A nic nie kształtuje człowieka bardziej i lepiej niż przygoda. 

Nie chciałem mu przeszkadzać w kontemplacji, bo miałem wrażenie, że Brat i okoliczne Munros stają się bliżsi. To mnie bardzo cieszyło, bo każdy może się czuć niebezpiecznie w górach, jeśli ich nie kocha. Wszedłem na wzgórzę i uwieczniłem parę momentów aparatem. Takie momenty są niezwykle ważne. Zapach, wiatr, sucha skóra, maksymalne zmęczenie, to wszystko skłąda się właśnie na tę miłość. Nieważne były mokre skarpety zwisające na linkach namiotu, ani jeszcze bardziej ociekające buty, które ustawialiśmy w kierunku słońca, kompletnie nie wiedząc, gdzie się obecnie znajduje. 

Noc była wyjatkowo zimna. Woda w butelkach zamarzła, powietrze w materacu zeszło, a namiot pokrył się szronem. Leżałem praktycznie bez żadnej izolacji od ziemi. Byłem pełen obaw co do następnego dnia. Martwiłem się o Roberta, czy przespał noc, czy odpoczął, czy będzie chciał iść dalej. Wygrzebałem się z namiotu i okazało się, że dzień zapowiada się słonecznie. Przynajmniej na tyle słonecznie na ile może w Szkocji. Zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawę, spakowaliśmy toboły, a po wczorajszym rozczarowującym dniu nie było śladu. Ruszyliśmy przed siebie do Glen Feshie, potem do Glenmore i przez Lairig Ghru i Falls of Tarf mieliśmy wrócić do depresyjnego miasta Blair Atholl. Rzeczywistość nie pozwoliła nam jednak na realizację tych planów. 

 

Szkocja w maju jest nieprzewidywalna. Powinienem to doskonale wiedzieć, bo w 2013 na swoim pierwszym przejściu Cape Wrath Trail doświadczałem tego niemal każdej godziny przez 18 dni. Okazało się, że warunki w górach są bardzo złe, śnieg ciężki i osuwisty, zalane doliny, a Lairig Ghru jest praktycznie nie do przejścia. Postanowiliśmy zostać na noc w Glenmore, tym bardziej, że w poblizu znajdował się niezwykle kameralny i, jak sie potem okazało, również popularny w tamtym rejonie Pine Marten Bar. To były chyba najlepsze warunki do zastanowienia się nad kolejnymi krokami w podróży. Tym bardziej, że do Glenmore doszliśmy o jeden dzien wcześniej, niż zaplanowaliśmy. 

Część 4.

Zmiana planów.


Ciemne Skye Black, kominek i szkocka muzyka na żywo, to połączenie idealne. Najprzyjemniej było patrzeć na Roberta, który z zachwytem słuchał skrzypiec i gitar, uśmiechał się i cieszył chwilą. Jeszcze przed godziną biłem się z myślami, czy nie powinniśmy spróbować jednak przejść Lairig Ghru, bo moje ambicje ciągle dawały o sobie znać i diabeł na ramieniu wykrzykiwały do ucha: idź, idź! Dasz radę. I pewnie bym poszedł, ale tego wieczoru zrozumiałem, że gdy sie idzie z kompanem, to już nie są tylko nasze decyzje. Poza tym nie po to tutaj przyjechaliśmy, to nie był wyścig i bicie rekordów. Mieliśmy odpocząć i ten moment okazał się później przełomowym w realizacji tego założenia. 

Następnego dnia postanowiliśmy się spakować i pójść w stronę Ryvoan Bothy i stamtąd chcieliśmy przejść do Braemar. Przy bothy spotkaliśmy rozgadanego Szkota, który przyjechał tam do prac renowacyjnych i oczekiwał na swoich kolegów Aberdeen, którzy mieli niedługo przybyć z butelkami whisky. Perspektywa takiej imprezy w środku niczego nie wywołała u nas entuzjazmu, tym bardziej, że gadatliwy gość uprzedził o możliwości szaleńczego tańca po whisky (bo tak zwykle robi) i śpiewie w kierunku dolin. Zamierzaliśmy uniknąć ryzyka oczarowania przez lokalną lądową syrenę i skierować swoje kroki na południe. Od razu zostaliśmy ostrzeżeni przed warunkami w górach. Mimo że nie były tragiczne, to jednak mogły nas bardzo spowolnić, a niestety trasę do Braemar musieliśmy pokonać w jednym kawałku, bo nie byliśmy przygotowani do noclegu na wysokościach. Zdecydowaliśmy się wycofać i zdobywając Meall a' Bhuachaille, wróciliśmy do Glenmore. I tak też ten rejon został naszym domem na kolejne dni. Trochę byliśmy uwięzieni, a trochę sami się tam zamknęliśmy. 

Któregoś dnia podszedłem do Lairig Ghru aby spradzić, czy rzeczywiście warunki są takie, jak mówili. Trzeba przyznać, że nie przesadzali, a nawet gorzej. Nie byłem nawet w stanie wejść na odpowiednią wysokość, aby zacząć przeprawę ze względu na potężny wiatr. Przede mną było piekło. W ciągu kilku dni nadrobiliśmy dystans na lokalnych szlakach i tak już zostało. 

Zawsze się różniliśmy. Robert ciągle ułożony i pewny w swoich decyzjach, nigdy nie rozumiał mojego podejścia do wielu rzeczy. To, co dla niego było białe lub czarne, dla mnie często przybierało odcienie wszystkich kolorów. Ja, zawsze z głową w chmurach, bez planu, a przynajmniej bez takiego, który był do zrealizowania, nigdy nie rozumiałem realizmu Roberta i konkretnego traktowania problemów. Takie warunki nie sprzyjały szczególnej przyjaźni. Miłości braterskiej - tak, ale nie przyjaźni. I to jest zupełnie normalne. Zrozumie to każdy, kto ma rodzeństwo.

Część 5.

I o to chodzi.


Gdy inni usłyszeli o naszym pomyśle wspólnego wyjazdu, to raczej nie przebierali w słowach i gdyby wykreślić te niewłaściwe z ich pytań, to niewiele by zostało do powtórzenia na forum. Każdego interesował temat kryminalny tej wyprawy i kto kogo wykończy wcześniej. Muszę przyznać, że daliśmy z Robertem radę. Wiedzieliśmy, że nie możemy sobie pozwolić na docinki, kłótnie, obrażanie, walkę. Nie po to był ten wyjazd. 

Gdy postanowiliśmy zostać w Glenmore i stamtąd doświadczać Szkocji, wszystkie obawy minęły. Wiedzieliśmy, że nie musimy się spinać, że teraz możemy się cieszyć wszystkim, co nas otacza. Zwiedzaliśmy piękne tereny Cairngorms National Park, dostawaliśmy odcisków, wspólnie gotowaliśmy i znowu uczyliśmy sie czegoś o sobie. Nie mogę powiedzieć, że Skye Black nie pomagało, ale to fakt, że na to wszystko patrzyliśmy ramię w ramię był najważniejszy, że mimo trudności, na jakie napotykaliśmy i różnic w postrzeganiu niektórych rzeczy, staraliśmy się zawsze o kompromis i zawsze taki był wypracowany. Postanowiliśmy maszerować przez trudny teren, postanowiliśmy spędzić ze sobą czas, poświęcając nasze urlopy na ciągle padający deszcz i minusowe temperatury w nocy. Jak się okazało, maszerowaliśmy jak przyjaciele, wspierając się i służąc radą, niezależnie od tego, jak bardzo byliśmy zmęczeni. I nie mówię tu o radach dotyczących marszu.