I o to chodzi - Rafał Bauer Blog

Codzienność po powrocie

    |  

zdrowie

Większość z was zna to uczucie: kończy się wyprawa, plecak rozpakowany (albo u niektórych cier...

Codzienność po powrocie

zdrowie

Większość z was zna to uczucie: kończy się wyprawa, plecak rozpakowany (albo u niektórych cierpliwie na to czeka już trzeci tydzień), zdjęcia pozgrywane na dyski zewnętrzne, mięśnie zdążyły się zregenerować, a żołądek z radością przyjmuje kolejne dawki czegokolwiek, co nie jest mrożone, a potem suszone i pakowane w termiczne worki. Wszystko już na swoim miejscu, a głowa niestety ciągle pokonuje w kółko tę samą trasę, którą reszta ciała z wielkim trudem i wyjątkowym poświęceniem pokonała jakiś czas temu i zaliczyła do swoich kolejnych życiowych osiągnięć. Myśli nie chcą powrócić, a my od dawna potrzebujemy ich tu, na miejscu. Jak żyć? Jak oddać się codzienności, jak poświęcić się znowu dzieciom i rodzinie, jak rano wstawać, aby z chęcią wykonywać pracę, która z łażeniem po mokradłach Szkocji i wyciąganiem kleszczy spod skóry w ociekającym od deszczu namiocie nie ma nic wspólnego? Pytam, bo chyba nie wiem jak kolejny raz z harcerza - dzieciaka stać się dorosłym. 

Pytam, bo chyba nie wiem jak kolejny raz z harcerza - dzieciaka stać się dorosłym. 


Stan "rozdwojenia" - tak nazwałem sobie stan, który wśród posługujących się na co dzień językiem angielskim funkcjonuje jako "post - adventure blues". Dla niektórych jest to wymysł rozpieszczonych współczesnych dzieciaków, którym wszystko się w życiu należy. Niektórzy uznają to za stan, który raczej się zdarza, niż po prostu jest i raczej dotyczy nięchęci do rzeczywistości, niż tęsknoty za "dziką" samotnością. Ja uważam, że jeśli twoje zdrowie psychiczne po wyprawie nie ucierpiało, to znaczy, że nie dałeś z siebie wystarczająco dużo i żadne granice nie zostały przekroczone. Zrozumienie tego zajęło mi sporo czasu, ale opowiadanie i radzenie sobie z tym jest ciągle problematyczne. Dlatego postanowiłem najpierw zajrzeć do internetu i sprawdzić, co inni myślą na ten temat i jak o tym piszą. 

Mój pomysł z odkrywaniem internetu w poszukiwaniu złotych rad na radzenie sobie z "rozdwojeniem" powyjazdowym, okazał się tak samo trafny jak ewentualne kupno biletów na zbiorowy show coachów życiowych, którzy mówią, że rezygnacja z glutenu rozwiąże moje wszystkie problemy i uszczęśliwi najbliższych. Niemal wszystkie artykuły dotyczące tego zagadnienia odnosiły się przede wszystkim do podróżników, którzy nie mają pracy, nie mają dzieci i zobowiązań. Głównym ich lekarstwem po powrocie do domu z wojaży, ma być, jak wszyscy się pewnie spodziewacie, kolejny wyjazd. Wiadomo. Czy jest jednak recepta dla tych, którzy wracają do codzienności i nie mogą zastosować metody "czym się zatrułeś, tym się lecz"? Sprawa jest o tyle trudna, że wszystkie frustracje związane z "rozdwojeniem" powyjazdowym często są przelewane na bliskich, a to już nie jest fajne. Wiem o tym, bo sam z tym walczę za każdym razem i za każdym razem z różnym skutkiem. 

Próba podjęcia tego tematu miała pomóc w rozwiązaniu mojego własnego problemu, a to, co czytacie jest efektem poszukiwania skutecznych rozwiązań. Przedstawiam wam też te, które zupełnie nie wchodzą w rachubę i szczerze tłumaczę dlaczego. Moje uzewnętrznianie się jednak nie będzie pełne, bo wiele aspektów w tym temacie wolę zachować dla siebie, niż dzilić się nimi z każdym czytelnikiem. Moją intencją nie jest również zamienianie tego miejsca w blog o zdrowiu psychicznym, bo zwyczajnie nie czuję się na siłach dźwigać taką odpowiedzialność. Mam nadzieję jednak, że zainspiruje to niektórych do przemyśleń. Jeśli tak będzie, to komentujcie :) 

Najważniejsze: przestać sobie tłumaczyć, czy nasze wędrowanie i marsze mają jakikolwiek cel. Najważniejsze i jednocześnie najtrudniejsze. Bo przecież każdy wie, że ma to cel, ale nikt nie wie jaki. Określony cel dałby nam poczucie, że robimy dobrze. Oczywiste jest, że wyjeżdżając zostawiamy bliskich, zmuszamy ich do funkcjonowania bez naszej pomocy, do oczekiwania, stresu, niepokoju. Czy to coś złego? Pewnie by było, gdybym wyszedł z domu na dwa miesiące bez słowa wytłumaczenia i wysyłał kartki z widokami na damskie krajobrazy plażowe, ale każdy mój wyjazd jest poprzedzony wspólnymi dyskusjami, kompromisami i na końcu, często bolesnymi, decyzjami. Faktem jest jednak to, że staramy się podejmować je wspólnie. Czasem zmuszony jestem iść na wymianę, ale wpisuję to w koszty wyprawy ;) To wszystko zabezpiecza w małej części moje wyrzuty sumienia i robi miejsce na wyimaginowany cel, który za każdym razem sobie stawiam, z całą resztą muszę sobie już sam poradzić. Dobre i to. Czy jednak sobie radzę z resztą? Nie. Dlatego ten punkt zdecydowanie łatwiej jest napisać, niż zrealizować. 

Czy nie powinieneś już przestać? Nie cierpię tego pytania, a najgorsze jest jeśli to pytanie poprzedza rozkaz: "siedź w domu i zajmij się rodziną". Najgorsze jest jednak, że to pytanie sam sobie często zadaję. Problem w tym, że jeśli zrobiłeś coś, co wymagało od ciebie ogromnego poświęcenia, psychicznego i fizycznego, i jeśli to zmusza cię do zadania sobie takiego pytania, to znak, że jesteś osobą, która nigdy nie będzie potrafiła przestać. Po zrobionym rekordzie w Szkocji, w drodze powrotnej, pojawiła się myśl: "co teraz?". To był moment, w którym powinienem sobie samemu tłumaczyć, czego właśnie dokonałem, bo miałem wrażenie, że jakiekolwiek następne wyczyny, które miałyby być większe, wymagałyby rozlewu krwi, a moja głowa zdawała się o tym zapominać. Podsumowując, to pytanie dla mnie nie ma sensu, bo nie obronię się przed kolejną rzeczą i kolejnym pomysłem. Tak już jest i ta kwestia jest dla mnie chyba jedną z najłatwiej przyswajalnych. Zaakceptowanie tego faktu było dosyć proste, ale dojście do tego - bardzo wyboiste i długie.

Dobrze śpij i jedz. To chyba jedna z najbardziej absurdalnych rzeczy, które odnoszą się do tych cierpiących na doła powyjazdowego i jakie udało mi się wyczytać w internecie. Chyba nie muszę nawet tego komentować. Śpię tak, jak mi dzieci pozwolą i jem to, co nie jest zbiorem chemicznych eksperymentów.  

Nie używaj słowa "powinienem". To akurat jest bardzo rozsądne i dopiero, gdy przeczytałem o tym w jednym z komentarzy do jakiegoś artykułu i odniosłem to do siebie, to zrozumiałem, że warto o tym pomyśleć i zastanowić się, jak często po przyjeździe używamy tego słowa. "Powinienem teraz napisać wypasiony artykuł", "powinienem na tym zarobić górę monet", "powinienem się skupić na nowym projekcie". To niezwykle trudne, żeby pozbyć się tego słowa ze słownika. Ciągle próbuję, ale na razie bez skutku. Mam nadzieję, że z czasem to samo przyjdzie. A raczej odejdzie. Ktoś w necie również radził, żeby zastąpić to słowem "mógłbym", aby dać sobie prawo odmowy w razie czego. 

Idź na piwo ze znajomymi. Polecam. Jeśli tylko sytuacja rodzinna pozwala oddać się niezbyt częstej przyjemności kilku piw na świeżym powietrzu i w dobrym towarzystwie, to absolutnie powinno zdziałać cuda. 

Zatrzymaj się na chwilę i działaj rozsądnie. To dopiero brzmi jak rasowy coach, ale to chyba jedyna rada, którą z pełną odpowiedzialnością dałbym każdemu, kto wraca z wyprawy i nie może sobie poradzić z rzeczywistością. Bezwzględna potrzeba zajęcia myśli i odwrócenia uwagi od problemu działa mniej więcej tak, jak alkohol na doła: rano budzimy się z jeszcze większym. Zatrzymaj się, wspominaj i ciesz się tym. Jeśli nie możesz za tydzień uciec z domu na kolejną wyprawę w poszukiwaniu lekarstwa, to lecz się w domu tym, co już masz. To samo jest z decyzjami. Nie rzucam pracy po powrocie, bo widziałem pasterza z pięknymi owcami, który żyje i jakoś sobie radzi. Nie staję się weganem tylko dlatego, że widziałem stado najpiękniejszych jeleni. Nie sprzedaję samochodu, bo poznałem gościa, który boso idzie 12 km do najbliższego sklepu i tyle samo robi z powrotem dźwigając ciężkie reklamówy. Oczywiście trywializuję celowo, ale chyba wiecie o czym mówię. Za każdym razem, gdy przypomnę sobie o stosowaniu tych metod, moje wychodzenie ze stanu powyjazdowego jest szybsze i bardziej skuteczne. Podejmowania decyzji w marszu nie da się chyba uniknąć, ale można uniknąć decyzji po powrocie, które zwykle są jedynie ucieczką od rzeczywistości i desperacką próbą obrony przed stanem powyjazdowym. Próbuję zawsze pamiętać o tym, że wszystko to, co przeżywamy na wyprawie smakuje wyśmienicie dlatego, że nie możemy mieć tego na co dzień. Nie pozwalam sobie na frustrację w tym temacie. 

Teraz, jak to wszystko napisałem, to uzmysłowiłem sobie, że w każdym niemal przypadku ten stan "rozdwojenia" powyjazdowego to nic innego jak frustracja. Tym, że nie żyjemy tak, jak ten pasterz, że nie wyjeżdżamy tak często, jak znajomi, że obowiązki, że miasto, że samochód, że konsumpcja, że weganie uprawiający jogę... Można tak wymieniać w nieskończoność. To, co widzicie powyżej, to jedynie zabawa w psychologa dla samego siebie i próba znalezienia bardziej lub mniej skutecznych rozwiązań na radzenie sobie w "szarej" rzeczywistości po powrocie. Jednak temat jest niezwykle trudny i bardzo osobisty. Najważniejsze to chyba pamiętać, aby we wszystkim znaleźć umiar i umieć z tego wszystkiego korzystać, a nie uda nam się to, jeśli nie będziemy sobą i jeśli czasem nie pozwolimy się pozbawić tego harcerza - dzieciaka.