I o to chodzi - Rafał Bauer Blog

Szwedzka Laponia

    |  

kierunek

Laponia to ok. 380 000 km² obejmujących część Norwegii, Finlandii, Szwecji i Rosji. Rdzenną lu...

Szwedzka Laponia

kierunek

Laponia to ok. 380 000 km² obejmujących część Norwegii, Finlandii, Szwecji i Rosji. Rdzenną ludnością są Lapończycy (Saami/Sami), którzy w liczbie zaledwie 90 tys. stanowią już niestety mniejszość. Głównymi ośrodkami są Murmańsk, Kiruna, Kautokeino i Rovaniemi, miasta wbrew pozorom niczym nie ustępujące innym europejskim stolicom regionów. Co jednak kryje się poza granicami tych spokojnych miejsc? Swoją podróż rozpoczęliśmy w Kirunie i na własnych nogach postanowiliśmy odkrywać to, co Laponia ma najlepszego do zaoferowania – największe w Europie tereny dzikiej i nietkniętej w większości przez człowieka tundry i lasów sosnowych. Nie bez powodu też piszę w liczbie mnogiej. Tym razem zapuściłem się w dzikie tereny z towarzystwem i był to dla mnie bardzo trudny sprawdzian, z którym nie poradziłem sobie najlepiej. Zabolało, i to bardzo. I nie była to wina załogi. No, może trochę była.  

Tym razem maszerowałem z towarzystwem i był to dla mnie bardzo trudny sprawdzian.


Jak tam dotrzeć?

Kiruna to niewielkie miasto w północnej Szwecji (ok. 200 km na północ od Koła Podbiegunowego). Wylądowaliśmy na lotnisku wielkości dworca autobusowego, gdzie chwilę po odebraniu przez wszystkich bagaży z jedynej taśmy, zostaliśmy sami w oczekiwaniu na transfer do Abisko. Dotarliśmy tam autobusem numer 91, który kursuje regularnie do Narwiku w Norwegii. Pierwszą noc postanowiliśmy spędzić na kempingu w centrum turystycznym.

Nasza podróż rozpoczęła się o ok 7 rano w Warszawie, skąd LOT-em udaliśmy się do Sztokholmu, a potem SAS-em do Kiruny. Bilety kosztowały nas ok 1500 PLN w obie strony (zamówione 3 miesiące przed wyprawą). Nie mam pojęcia w jakiej cenie były bilety autobusowe, bo przejażdżkę mieliśmy za darmo z powodu uszkodzonej kasy w autobusie  Miejsce na kempingu w centrum turystycznym to wydatek ok 150 SEK.

Towarzystwo.

Na etapie samej podróży wszystko jest git. Dużo śmiechu w samolocie, piwo na lotnisku, dzielenie się obawami i śmieszne próby ukrywania nadmiernej ekscytacji wyprawą przy wspólnym pałaszowaniu Wasabröd z pastą rybną. Po ostatniej wspólnej części podróży do miejsca startu, powinniśmy się rozstać, a szlak rozpocząć osobno, najlepiej dzień po dniu. I nie chodzi mi o to, że towarzystwo było źle dobrane, że kogoś nie lubiłem. Nie. Po prostu w pewnym momencie maszerowanie staje się dla mnie bardzo poważną rzeczą. Liczę na głębokie przemyślenia, długie rozkminy, ryzykowne postanowienia na czas po powrocie, a tu się okazuje, że towarzystwo wcale nie ma na to ochoty. Mało tego, oprócz braku klimatu do filozoficznych i ratujących świat nowych teorii, chcą zmieniać trasę, tempo, godziny posiłków, codzienne dystanse. Dla mnie to zbyt wiele. Muszę mieć wszystko tak, jak sobie zaplanowałem. I nic na to nie poradzę. Nie jest to niczyja wina. Po prostu każdy ma swoje przyzwyczajenia i każde odstępstwo jest dla niego sztormem nie do opanowania. Eksperyment grupowego maszerowania się nie udał, ale sama Laponia zajęła wysoką pozycję w moim rankingu. Wysoką, ale niestety poza podium. 

Trasa.

Nasz plan obejmował 150 km pieszo wzdłuż północnej części osławionego Szlaku Królewskiego (Kungsleden). Nie bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać. Niepewnych było wiele aspektów: pogoda, teren, przygotowanie fizyczne. Po bardzo ciepłej nocy w Abisko, rozpoczęliśmy nasz trek z nieco mieszanymi uczuciami. Kwestia pogody bardzo nas uspokoiła już pierwszego dnia – bezchmurne niebo i dużo ponad 20 stopni przez cały dzień, choć dla mnie zdecydowanie za ciepło. Jedynym problemem zdawały się komary (mygg), które bezlitośnie atakowały z każdej strony. Ratunkiem był tylko okazjonalny wiatr, ale w momencie, kiedy ustawał, całe armie komarów znów powracały do ataku. Lapoński krajobraz poprzecinany jest podmokłymi terenami i bagnami. Trudno w takich warunkach uniknąć latających wrogów.

Pierwszy dzień zakończył się dla nas noclegiem 3 km od Abiskojaure. Kilka kroków od naszego obozu szumiała Boazojakka, która z impetem zmierzała w kierunku jeziora Abeskojavri. Woda była tak zimna, że nie sposób było się w niej zanurzyć. Nawet próba ochlapania się, odbierała oddech. Do codziennej higieny wybieramy ponownie nawilżone chusteczki.

Kolejnego dnia, po niezbyt wyrafinowanym śniadaniu (ale wysokokalorycznym), ruszyliśmy w kierunku Alesjaure, które przepięknie rozciąga się nad Pajemus Alesjaure z jednej strony i rozlewiskiem rzecznym z drugiej. Nie musieliśmy długo szukać miejsca pod namioty. Chwilę po przekroczeniu rzeki znaleźliśmy idealne miejsce z szybkim dostępem do pitnej wody.

Żywność liofilizowana zaczęła dawać się we znaki i już trzeciego dnia szukaliśmy jakiegokolwiek urozmaicenia naszej codziennej diety. Wiecie jak powstaje znienawidzona przez nas Chana Masala lub pure ziemniaczane z prażoną cebulką? Wszystko, co znajduje się w torebce musiało najpierw zostać zamrożone do temperatury poniżej -40, dzięki czemu usuwa się substancje odpowiedzialne za fermentację żywności. Następnie dochodzi do sublimacji za pomocą próżni średniej i stopniowego dostarczania ciepła i usuwania powstającej pary wodnej. Dlatego właśnie wyławialiśmy z naszych plecaków najróżniejsze skarby spożywcze.

Myślenie o „normalnym” jedzeniu i obrona przed komarami przestały nas tak zajmować w momencie, kiedy weszliśmy w obszar, który nie wyzwolił się jeszcze z grubej pokrywy śniegu. Niemal cała droga z Tjäktja (1140) do Sälka pokryta była zdradliwym, ciężkim i mokrym śniegiem. Najpierw ciężkie podejście do schronów na Tjäktjapass, a później zejście doliną Tjäktjavagge i Stuor Jierta w kierunku niewielkiego miejsca pomiędzy strumieniami, gdzie w końcu rozstawiliśmy nasze namioty i z bólem serca zagotowaliśmy wodę do liofilizatów.

Dzienny dystans, jaki pokonywaliśmy nigdy nie przekroczył 27 km. Najbardziej męczące odcinki to te pokryte śniegiem lub ogromną ilością kamieni. W takich warunkach niestety bardzo łatwo o kontuzję. Przeciążona kość piszczela zaczęła sprawiać mi dużo trudności i spowodowała ogromny ból kości śródstopia. Kłopotem jest w takim przypadku również ciężki plecak. Mój ważył ok. 18 kg i niestety przy każdym kroku (szczególnie przy zejściach) wyraźnie odczuwałem jego wagę.

Z Sälka wyszliśmy nieco później niż zwykle. Byliśmy trochę wyczerpani poprzednim dniem. Aby dojść do Kebnekaise, trzeba pokonać dość długi odcinek prowadzący przez Singi. Na szczęście śniegu nie było za wiele tym razem, więc pierwsza część dnia, mimo bólu w stopie, upłynęła bardzo przyjemnie. Po odpoczynku w Singi i uzyskaniu kilku wskazówek nawigacyjnych u gospodarza, skierowaliśmy się ku Kebnekaise. Gdy tylko wyszliśmy za Ceakĉavággi, zerwał się silny wiatr i chwilę potem szliśmy już opatuleni w dodatkowe warstwy, które za chwilę ochroniły nas także przed deszczem. Widok, który ujrzeliśmy po zejściu do Siŋŋivággi, zapierał dech w piersiach. Przed nami rozpościerała się dolina pozbawiona promieni słonecznych niezależnie od pory dnia, łącząca Goubirĉohkka i Siŋŋiĉohkka po obu stronach. Klimat wszystkiemu nadawała dodatkowo kręta i wzburzona rzeka Siŋŋijohka.

Najwyższy szczyt Szwecji to południowy wierzchołek Kebnekaise (Sydtopen), który przyciąga wielu amatorów górskich wypraw i zimą, i latem. Wszyscy zatrzymują się w budynkach stacji Kebnekaise lub w namiotach w promieniu do dwóch kilometrów. To tłoczne miejsce oferuje wszystko, co górskim turystom może być potrzebne. Można dobrze zjeść, wypić drinka, zakupić niezbędny sprzęt, itd. Spędziliśmy tam cały dzień zajadając się szwedzkimi pulpetami z puszki i pure ziemniaczanym w proszku, zdecydowanie lepszym niż nasze codzienne liofy. Rozbiliśmy nasze namioty na jednej z „półek” wzgórza przed stacją.

Niestety jednodniowy odpoczynek nie pomógł na ból nogi. Jednak na szczęście im dłużej szedłem, tym mniej zwracałem na to uwagę. Problem zaczynał się dopiero w nocy, gdy stopa odpoczywała i rwący ból był nie do zniesienia. Rano musiałem ją chwilę rozchodzić i mogłem wyruszać na kolejne etapy naszego treku. Tak też było kolejnego dnia, kiedy musieliśmy przejść z Kebnekaise do Kaitumjaurestugorna. Dzień był dosyć chłodny i szło się zdecydowanie lepiej niż w upale. Po drodze natknęliśmy się na pierwsze pozostałości po zabudowaniach Saami na płaskowyżu Gávgulvággi. Było to zabudowanie mieszkalne wiosenno-jesienne, którego główna konstrukcja to brzozowe polana i darń, chroniące przed zimnem i wilgocią. W dachu znajdowała się dziura do odprowadzania dymu z wewnętrznego paleniska. W razie deszczu dziura była zasłaniana korą i darnią. Zimą Sami przenosili się z górskich pastwisk do lasów i tam zamieszkiwali w zabudowaniach na wysokich palach, co chroniło ich przed wysokim śniegiem i dzikimi zwierzętami. Do dnia dzisiejszego Saami używają swoich wiosenno – letnich wiosek do zagrodowego wypasu reniferów. Zimą przenoszą się do miast. 

Płaskowyż Gávgulvággi doprowadził nas do Kaitumjaurestugorna. To był jeden z najbardziej efektownych widoków z naszego obozu. Rozstawiliśmy namioty na polanie tuż przy bardzo dobrze zachowanych zabudowaniach Saami z początków XX wieku. Przed nami rozciągał się widok na jezioro Bajip Gaidumjavri łączące szczyty Coalmmecohkka i Suorregaise. Niestety to był chyba najgorszy dzień jeśli chodzi o ataki komarów 

Kolejny etap naszej wyprawy to dystans między Kaitumjaurestugorna a Teusajaure. W pewnym momencie na tym odcinku trzeba przekroczyć jezioro. Są do dyspozycji 3 łodzie, ale tylko na określonych zasadach. Na każdym z brzegów musi zostać przynajmniej jedna łódka. Jeśli więc nie mielibyśmy szczęścia i na naszym brzegu w momencie przybycia byłaby tylko jedna łódź, to dwie osoby musiałyby płynąć na drugi brzeg i wrócić dwiema. W sumie 3 kursy przy dużym wietrze. Gdy dotarliśmy na miejsce były 2 łodzie, więc zapakowaliśmy nasze plecaki i w trakcie jednego kursu udało się nam przedostać na drugą stronę. Po małym wiosłowaniu przeszliśmy jeszcze 3 kilometry i postanowiliśmy rozbić obóz, co nie było najłatwiejszym zadaniem. Roślinność tundrowa nie jest najlepszym przyjacielem piechurów. W końcu się udało i po kilkunastu minutach mogliśmy się cieszyć pięknym widokiem.

Vakkotavare to ostatni przystanek na naszej trasie i dzieliło nas od niego jedynie 16 km. Dość szybko uporaliśmy się z dystansem i mogliśmy już tylko wspominać poprzednie dni i żałować, że tak szybko minęły. Humory wróciły, choć nie obyło się bez spięć. Namioty rozbiliśmy na klifie, który wpadał wprost do Suorvajaure oddzielające nas swoimi wodami od dziczy Sarek National Park. Czuliśmy już bliskość cywilizacji – nad naszymi głowami wisiały kable wysokiego napięcia.

Jak podsumować?

Oczywiście niezapomniane przeżycie. Doliny ciągnące się bez końca, poprzecinane plamami śniegu, rwące rzeki, których przekroczenie czasem nie byłoby możliwe, strome podejścia i kamieniste zejścia, urwiska, karłowate brzozowe lasy, wszechobecna irytująca czasem tundrowa roślinność. Wstrętne jedzenie z najlepszymi widokami. Historycznie i geograficznie - imponujące miejsce i ludzie. Ale... Przesłodzone szwedzkim klimatem stacje górskie, komercja, podesty dla piechurów i tłok. 

Czy bym wrócił? Tak, ale sam i pewnie w inną część Kungsleden.